Aleksandra Domańska - Spóżnione podziękowania

To Zmarłemu powinnam była i podziękować i opowiedzieć o niezwykłych okolicznościach, w jakich przyszło mi zostać uhonorowaną. A teraz nie ma już między nami obu autorów tego jednego z najniezwyklejszych zdarzeń w moim życiu - nie ma pana Jerzego Bonieckiego, który mi przyznał nagrodę i nie ma Tadeusza Łomnickiego, który mi ją przekazał. Niech mi więc wolno będzie opisać okoliczności otrzymania nagrody w formie swoistego wspomnienia zaduszkowego.

To było chyba przedwiośnie roku 1987. Pamiętam, że było szaro i ciemno, tamten czas pamiętam zresztą głównie jako taki: szary, pozbawiony urody i nadziei. W partyzanckich warunkach przygotowywaliśmy wtedy przedstawienie "Niech pana Bóg błogosławi, panie Vonnegut". Po dwóch(!) latach pracy zbliżał się czas premiery. I oto nagle, w trakcie próby, pojawił się mój przyjaciel wrzeszcząc: "Łomnicki cię szuka. Był w domu, a teraz czeka w samochodzie". Byłam przekonana, że to bardzo niestosowny żart w bardzo niestosownych okolicznościach. Bo co by miał robić wielki aktor w moim domu, przychodząc tam niezapowiedziany, jak, nie przymierzając, listonosz. Ale przyjaciel uporczywie powtarzał, że mam wyjść na zewnątrz. Więc wyszłam, rozejrzałam się... i ze zdumieniem zobaczyłam, że w zaparkowanym samochodzie, chyba białym, chyba fiacie, siedzi najzupełniej prawdziwy Tadeusz Łomnicki. Podeszłam. A on zapytał, czy ja to ja i kazał wsiadać do samochodu. Następnie beznamiętnym tonem oznajmił, że dostałam 500 dolarów australijskich nagrody i czy ją przyjmuję. To znów mogło się wydawać niestosownym żartem, gdyby nie powaga osoby komunikującej to wszystko. Nazwa Fundacji nic mi nie mówiła, 500 dolarów australijskich było sumą zbyt astronomiczną, abym potrafiła to ogarnąć, a poza tym za co? i dlaczego ja? Tymczasem Łomnicki nie zachęcał do zadawania pytań. Był małomówny i oschły. Idę o zakład, że to "pośrednictwo" sprawiało mu przyjemność - że jest za posłańca tak dobrej nowiny - ale nie dał tego po sobie poznać. Z kieszeni jakiegoś kiepskiego paltocika wyjął zmięte banknoty i mały skrawek papieru, po czym oznajmił, że jeśli nagrodę przyjmuję, to mam spełnić dwa warunki: po pierwsze podpisać się na tym skrawku imieniem i nazwiskiem, a po drugie nic nikomu nie mówić. A potem odjechał... A ja zostałam w stanie skrajnego osłupienia z garścią banknotów, w których istnienie jeszcze ciągle nie mogłam uwierzyć. Nigdy wcześniej nie miałam takiej kupy forsy!...

No i wróciłam na próbę. Trudno opisać, jak bardzo chciałam się podzielić tą nowiną z ludźmi, którzy w paskudnie trudnych warunkach pracowali ze mną nad spektaklem. Wieść o nagrodzie mogłaby mieć korzystny wpływ na ich osłabione długotrwałym stresem morale. Ale milczałam. I dobiegłam do mety jak sportowiec na dopingu.

Jakiś czas później poszłam na spektakl, w którym grał Łomnicki, a potem za kulisy. Chciałam mu podziękować, a może czegoś się dowiedzieć - kto dał nagrodę? dlaczego? skąd wiedza o moim istnieniu i moich staraniach? Ale on wydawał się nie wiedzieć, kim jestem i o co mi chodzi. Zapomniał? Konspirował? Nie wiem...

Wreszcie życie potoczyło się dalej. Pieniądze utknęły w banku jako gwarant bezpieczeństwa i niezależności, która i dziś jest dla mnie wartością bezwzględną, a pamięć o dobroczyńcach nietaktownie się zatarła. Wspomnienia odżyły dopiero teraz przy lekturze nekrologu. Byłam zaskoczona, bo to było tak, jakbym zobaczyła nekrolog św. Mikołaja. No i zrodziła się myśl o spóźnionym bo spóźnionym, ale liście dziękczynnym.

Państwu, którzy współtworzycie Fundację, z całego serca życzę, abyście dalej czerpali radość z pomocy innym. W świecie, którego, jak kiedyś, zrozumieć nie umiem, w tym świecie wierzę, że bezinteresowny dar jest wartością największą...

Z szacunkiem i wdzięcznością,

Aleksandra Domańska